Koncert Maroon5

 
Dla niektórych szok i niedowierzenie, dla innych normalka – tak, to był mój pierwszy KONCERT. Czyli jak MAROON5 pomógł mi zaszczepić pasję do koncertowania.
 

Mój Mężczyzna postawił mnie przed faktem. Kupujemy bilety, jedziemy na koncert. Zero dyskusji.

Pytań w głowie było kilka. Dlaczego akurat Maroon 5. Oboje ich lubimy, ale czy to jest na tyle wystarczający powód, aby wybrać się na ich widowisko. Czy warto wydać ponad trzysta złotych na skakanie w tłumie z dala od sceny. Czy blokowanie terminu z ośmiomiesięcznym wyprzedzeniem ma sens. Skąd mogę wiedzieć, co będę robiła za ponad pół roku.

Teraz już wiem, że te pytania pojawiły się pierwszy i ostatni raz. No cóż, syndrom początkującej koncertowiczki mam już za sobą.

 

Maroon 

 

Niesamowitym wrażeniem, jest zobaczyć całą oprawę show na żywo. Usłyszeć i zobaczyć Adama z zespołem. (A widziałam go całkiem dobrze. Yeah!). Poczuć muzykę całym sobą. Mieć ciary pod wpływem tych decybeli. Warto. Takich emocji się nie zapomina.

 

Mimo wszystko, czułam się trochę zawiedziona.. Adam nie przywitał się z polską publicznością. Miałam wrażenie, że był odseparowany od swoich fanów. Tylko niewerbalnie zachęcał do zabawy. A przecież ludzie przyszli dla niego i jego muzyki. Hmm.. czyżby to syndrom wody sodowej. A może tak zachowują się artyści ze szklanego ekranu na żywo. Być może miał gorszy dzień, w końcu jesteśmy tylko ludźmi.

 

Pomimo to, zrobił show. Śpiewał hity, które wszyscy znali. Popisowo odegrał gitarowe solówki. Jedna piosenka za drugą, publika szalała. Cały koncert był tak płynny, iż odniosłam wrażenie, że Maroon zagrali „z zegarkiem w ręku”. Po krótkim bisie, szybko opuścili scenę. Pozostał niedosyt.

 

Największym sztosem całego koncertu było połączenie „Girls like you” z „Forever young”. Do dziś mam ciary, myśląc o tej aranżacji. Ogień. Petarda. W sieci krąży już filmik tego hitu, więc zachęcam Was do odsłuchania. Chociaż wiem, że to nagranie nie oddaje w pełni emocjonalności show.

 

Sigrid

 

Dużym zaskoczeniem tego wieczoru była Sigrid – supportująca Maroon5. Znałam tylko jeden jej radiowy utwór. Dziewczyna zrobiła 40-minutowe show, chapeau bas! Energia, dynamika. Po prostu OGIEŃ. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Jej hity miały „to coś”, co sprawiło że chciało jej się słuchać godzinami. Poza tym, zaprezentowała klasę – witając się, rozmawiając i bawiąc się z publiką.

Oczywiście jest małe „ale” . Koncertowa wersja jej płyty jest o stokroć lepsza od studyjnej. Na żywo jej utwory miały pazur, a na płycie są stonowane. ROCK kontra POP – tak bym to porównała.

 

Podsumowując, wciągnęłam się w świat koncertowania, choć nie jest to tania rozrywka. Z chęcią wybrałabym się ponownie na koncert Maroon5. To była dobra inwestycja odłożonych, do skarpety, pieniędzy. Warto próbować wszystkiego i zbierać nowe doświadczenia.  Fajny dzień, niezapomniane wrażenia i nowa przygoda odhaczona na check liście nowości!

 

Przedkoncertowe selfie
Maroon 5
Maroon 5
Sigrid
BLOG, LIFESTYLE Tags: